Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji w naszej klauzuli o przetwarzaniu danych osobowych.

Rozumiem
Działania

Dobry trener jest zawsze

Zapraszamy do lektury naszej rozmowy z słynnym judoką, medalistą olimpijskim i trenerem, Januszem Pawłowskim.

Jak rozpoczęła się Pana przygoda z judo?

Zaczęło się przypadkiem. W telewizji był emitowany program Marka Grota „Konkurs pięciu milionów". I wówczas zobaczyłem na ekranie, jak wygląda ten sport. Było kilka ćwiczeń sprawnościowych, kilka ćwiczeń na czas reakcji i sama akcja. I to mnie bardzo zafascynowało. Zresztą wszyscy moi koledzy oglądali te programy i na podwórku trzeba było to od razu sprawdzić, zweryfikować, jak to działa. Każdy naśladował, jak potrafił, lepiej lub gorzej. Zaczęliśmy trenować judo w podwórkowej piaskownicy. Poza tym starałem się znaleźć jakiś klub. Okazało się, że najbliższym klubem jest Flota Gdynia. Pamiętam, że poszedłem tam jeszcze z mamą, którą odstraszył zapach sali (i zapewne miała rację) więc wszedłem tam sam. Ale zostałem stamtąd wyproszony, gdyż stwierdzono, że kurs jest pełen i nie ma szans się na niego dostać ani teraz, ani w przyszłości, więc nieco skonsternowany poszedłem do domu. Ale nie dałem za wygraną.

I jak się udało dostać na ten kurs?

Popełniłem błąd młodości, bo powiedziałem ojcu, że mnie tam przyjęli. Dlatego codziennie brałem torbę z dresem i chodziłem do klubu. Licząc, że ktoś się w końcu nade mną zlituje i wpuści albo, że się wcisnę w tą grupę. Ale tak się nie stało. Przyszło mi marznąć i patrzeć zza szyby, co oni tam wyprawiają. Rzecz miała miejsce w szkole nr 32 na Wzgórzu Nowotki. Oglądałem zajęcia przez szybę przez kilka dobrych tygodni. Ponowiłem próbę w momencie, kiedy zmienił się tam trener, ale on także uznał, że właściwie jest już dosyć chętnych. I pomyślałem sobie, że ciężko mi będzie przetrwać zimę w ten sposób, a zima w Gdyni jest wietrzna i wilgotna. Starałem się coś wymyślić. No i wymyśliłem: kupiłem płótno żaglowe w harcerskim sklepie. Z tym płótnem poszedłem do mojej ciotki, która była krawcową. Wyrysowałem jej mniej więcej, o co mi chodzi. Biedna złamała pewnie kilka igieł, ale zrobiła coś co mogło przypominać ten uniform judowy. Znalazłem stary pasek, który mógł przypominać pas obi od judogi. No i wkręciłem się w tłum. Jak już się wkręciłem w tę elitę to pewnie uznano, że ja byłem tam od dawna. Patrząc przez szybę z zewnątrz nauczyłem się czegoś więc nie ustępowałem tym, którzy brali udział w treningach i tak jakoś zostałem.

Od wielu lat jest Pan trenerem. Jakie cechy powinien posiadać wg Pana dobry trener?

Być dobrym trenerem to wielka rzecz. Spotkałem ich kilku w życiu. Na pewno nie jest to łatwy zawód. Cechą dobrego trenera jest to, że on powinien być zawsze. I dla słabszego zawodnika i dla tego dobrego. Ja muszę być zawsze dla każdego, tyle ile będzie chciał, przed treningiem i po treningu. Muszę rozmawiać z zawodnikiem, muszę umieć zrobić mu opatrunek, gdy zrani sobie rękę, zrozumieć jego bóle albo to, że dzisiaj mu nie poszło i przyjąć to do wiadomości. Najlepsi trenerzy to ci, którzy są zawsze. Ponadto, trzeba dysponować pewną wiedzą. Być trochę psychologiem, mieć kontakt z zawodnikami. A także dobry trener powinien umieć mobilizować zawodników szczególnie w trudnych, stresowych sytuacjach. Trener swoją postawą nie może wpływać na to, że zawodnik pogarsza swój stan ogólny przed zawodami. Bo w sytuacji, kiedy jest walka o wszystko, to zawodnik troszkę zaczyna rozpadać się na kawałki. Dobry trener powinien swoim przykładem wpływać na zawodników tak, aby czuli spokój, a to co czeka ich za chwilę jest niczym innym niż to, co robią codziennie.

Pracował Pan w Kuwejcie, Słowenii, we Włoszech. Czy myślał Pan o sobie w kategoriach emigranta? Czy to pojęcie funkcjonowało w Pana słowniku?

Nie. Uważam się za człowieka, który pracuje w tych okolicznościach, w tym środowisku, w tym miejscu podobnie, jak w każdym innym. Mógłbym pracować w każdym innym miejscu. To, że jestem w tej chwili we Włoszech to nie zmienia moich planów. Czasami przychodzą do mnie listy z Zarządu miasta i proszę mnie o głosowanie, ale nie czuję się na tyle związany z tym miejscem, aby pójść głosować. Jestem obywatelem Europy.

Obecnie pracuje Pan w Turynie. Za czym Pan tęskni podczas wyjazdów do Turynu?

Brakuje mi przyjaciół. Innych niż tych, których mam w Turynie. To jest jednak środowisko sportowe. A ja przecież wyrosłem w Polsce, w Gdyni. Z przyjaciółmi z Polski łączą nas różne etapy życia, nasze wspólne przeżycia. Brakuje mi spotkań z przyjaciółmi i rodziną. Na szczęście na święta zjeżdżamy się wszyscy. Czasem tak… po prostu po ludzku, pogadać z kimś po polsku, kto nie bardzo interesował by się tym, co robię na co dzień. O takich ludzkich sprawach, o których zazwyczaj nie rozmawia się przez telefon z przyjacielem. Usiąść i porozmawiać patrząc na siebie. Jeśli chodzi o jedzenie to potrzeby kulinarne załatwiam w czasie moich przyjazdów do Polski.

Co dały Panu te wyjazdy?

Przede wszystkim nauczyły mnie sposobu bycia z ludźmi. Takiego bezpośredniego kontaktu. Niezależnie od tego, jaki to kraj to ludzie są tacy sami, ich potrzeby są podobne. Ucząc ich, uczę się także sam, ich reakcji na moje propozycje. Staram się być coraz lepszy. Pod tym względem jestem dobry, wiem jakie są ich potrzeby, wiem jak można do nich trafić. Poza tym różne sytuacje, w jakich jestem stawiany, przez to ze jestem w różnych miejscach. Robię często treningi dla trenerów. Ludzie zadają mi mnóstwo pytań. I wychodzę im naprzeciw. Po wielu latach doświadczeń wiem, jak taka idealna lekcja powinna wyglądać, znam oczekiwania ludzi i wiem, jak je spełnić. Dużo mi to pomogło w zawodzie. Wartością największą jest język. Będąc w kilku miejscach potrafiłem w miarę szybko nauczyć się języka. Coś co będąc w kraju trudno byłoby osiągnąć.

O czym powinny pamiętać osoby, które wyjeżdżają z Polski?

Nie powinni się obrażać na Polskę, to jest najgorsze. Ludzie się obrażają i wyjeżdżają licząc, że znajdą coś czego tu nie ma. Na ogół wszędzie jest podobnie. Można polepszyć swój byt ale trzeba być do tego przygotowanym. I trzeba być odpornym na ciosy.

Z Januszem Pawłowskim rozmawiała Anna Bujna, koordynatorka Archiwum Emigranta w Muzeum Emigracji w Gdyni.

Janusz Pawłowski – urodzony w 1959 r. w Sopocie jeden z najwybitniejszych polskich judoków, brązowy medalista olimpijski z Moskwy z 1980 r. oraz srebrny medalista olimpijski z Seulu z 1988 r. Jego rzut w półfinałowej walce podczas Igrzysk w Seulu uznany został za najbardziej efektowną akcję całego turnieju judo. Wielokrotny mistrz Polski, medalista Mistrzostw Świata i Mistrzostw Europy. Po zakończeniu kariery zawodniczej stał się znakomitym trenerem (szkolił polską kadrę narodową oraz zawodników m.in. w Kuwejcie i Włoszech). Zasłużony Mistrz Sportu odznaczony m.in. srebrnym Medalem za Wybitne Osiągnięcia Sportowe i Srebrnym Krzyżem Zasługi. W 2013 r. odsłonił swoją gwiazdę w Alei Gwiazd Sportu w Cetniewie, honorującej najwybitniejsze postaci świata sportu z Polski i z zagranicy. Obecnie trenuje włoskich zawodników w Turynie.


Mapa strony

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji w naszej klauzuli o przetwarzaniu danych osobowych.

Rozumiem